Marysieńka - żona Jana III Sobieskiego   

  


 Nawet historycy niezbyt Marii Kazimierze życzliwi przyznają, że to ona wcisnęła w wahającą się rękę Sobieskiego laskę marszałka, potem buławę hetmana, a w 1674 roku nałożyła na jego skronie królewską koronę.  Można by o niej powiedzieć słowami pieśni, że była: „panną, Madonną, legendą tych lat”. Zakochany Sobieski nazywał ją z upodobaniem w swych listach „panną”, przydając jakiś kwiecisty przymiotnik. Nie wiadomo bliżej, kiedy i w jakich okolicznościach ujrzał po raz pierwszy „śliczną pannę”. Opierając się na starym dziele Korzona, napisałem w biografii królowej, że stało się to wiosną 1655 roku. „Młody starosta jaworowski przybył w maju na sejm do Warszawy. Zjazd tylu panów dał okazję do tańców, maskarad, baletów. Świetne zabawy odbywały się na dworze królewskim.  
  Przystojny i znany już z waleczności Sobieski siał podobno spustoszenie wśród niewiast, aż ujrzał ciemne oczy Marysieńki. Miała ledwie czternaście lat, ale była rozwinięta nad wiek. Wrażenie, jakie uczyniła na nim, było oszałamiające. Po latach pisząc do zaślubionej już Marii Kazimiery, będzie Sobieski powracał do owych niezapomnianych chwil. Wyzna, że pokochał ją wtedy z niezmierną „pasją” i żył odtąd tylko dla niej. Postanowił nawet, że nigdy nie ożeni się z inną”. 
  Dzisiaj, pochylony wciąż nad życiorysem słynnej królowej, skłonny jestem uważać, że głośna w dziejach Polski para poznała się o kilka miesięcy wcześniej. Przeglądając niedawno dokumenty odnoszące się do ostatnich lat panowania zwycięzcy spod Wiednia, wyczytałem w relacji ambasadora Francji, że w marcu 1696 roku doszło między królewskimi małżonkami do poważnego nieporozumienia. Nie rozmawiali po nim ze sobą przez całe trzy dni. Aż w końcu Marysieńka udobruchała swego Jachniczka. „Jubileusz dokonał wszakże przy tej sposobności więcej, aniżeli wszelkie starania monarchini”, napisał dyplomata do Wersalu pod sam koniec miesiąca. 
  Ten, tajemniczy dla nas, jubileusz przypadał więc na ostatnie dni marca. Musiał być jakąś niezmiernie ważną datą, jeśli potrafił pojednać skłóconych małżonków. Wiadomo, że na dworze ich obchodzono uroczyście każdą rocznicę zwycięstwa chocimskiego (11 listopada 1673) oraz pogromu wojsk Kara Mustafy (12 września 1683). Ale na marzec nie przypadała żadna rocznica innego zwycięstwa, żadna też rocznica ich zaślubin: ani tajemnych, ani tych oficjalnych. Przypuszczam więc, że Jan Sobieski zobaczył pannę d’Arquien – najpiękniejszą dworkę królowej Ludwiki Marii – po raz pierwszy w marcu tragicznego dla Rzeczypospolitej 1655 roku. Spotkanie to zadecydowało, choć nie od razu, o dalszych losach naszych bohaterów. Szczególne wrażenie uczyniły na staroście jaworowskim niepospolicie piękne oczy młodej Francuzeczki. „Owo widzę, że mię twoje wdzięczne tak oczarowały oczy, że bez nich i momentu wytrwać będzie niepodobna”, pisał później do ukochanej. Wedle jednego ze współczesnych były to „oczy czarne w ślicznej oprawie”. Posiadały one przedziwną moc zniewalania. Dochodziły do tego walory całej postaci. Marysieńka była średniego wzrostu i proporcjonalnej budowy ciała. Już u schyłku panowania Jana III pewien Francuz tak się wypowiadał o – liczącej wówczas około pięćdziesięciu lat – królowej: „Oczy jej były tak żywe i błyszczące, że – jak słyszałem – żaden malarz nie mógł wiernie ich odtworzyć. Jest najpiękniejszej w świecie postawy i wielkiej wyniosłości. Ma coś wdzięcznego w twarzy i ustach”. Wzajemna miłość, jaka zrodziła się od pierwszego wejrzenia, została wystawiona na długą, bo aż dziesięcioletnią próbę. W 1658 roku królowa Ludwika Maria wydała swą pupilkę za jednego z najbogatszych ludzi Polski – za ordynata Zamoyskiego. Można było mniemać, że niczego nie zabraknie do szczęścia Marysieńki. Jej małżonka opromieniała chwała wierności wobec dworu nieszczęsnego Jana Kazimierza. Kiedy prawie wszyscy panowie polscy przeszli do obozu nieprzyjaciela, ordynat nie poddał swego Zamościa królowi Szwecji. 
  Ale pożycie państwa Zamoyskich zaczęło od samego początku układać się przedziwnie. W poślubną noc pan młody, zamiast tulić w ramionach prześliczną oblubienicę, spał sobie na kobiercu obok małżeńskiego łoża. Przechodził bowiem chorobę, jaką nabył gdzieś  w Wenecji, służąc gorliwie bogini Wenerze. Posłuszna woli królowej Marysieńka wyszła za ordynata, chociaż w sercu żywiła miłość do starosty jaworowskiego, czytamy w jednym ze starych źródeł. Skoro jednak została panią Zamoyską, chciała być dobrą żoną. Zachowane listy Marii Kazimiery do męża świadczą, że darzyła go zrazu uczuciem. Pragnęła nawet, ażeby ich pożycie było szczęśliwe. Gospodarna i oszczędna nie mogła wszakże patrzeć spokojnym okiem, jak Zamoyski trwonił majątek. Źródłem stałych i najpoważniejszych nieporozumień między małżonkami byli przyjaciele ordynata z jego kawalerskich czasów. Mimo ożenku przebywał chętnie z nimi, trwoniąc wśród biesiad majątek swego wielkiego dziada. Nic dziwnego, że „piwnica” rozkochanego w ucztach magnata kosztowała ponad 50 tysięcy złotych na rok. Rozgrzany winem ordynat czynił hojne darowizny swoim kompanom. Francuz Dalerac opowiada nawet, że Zamoyski „po wetach nakazywał ustawiać na stołach wielkie misy z dukatami piramidalnie ułożonymi”. Ponadto ordynat zostawiał często swoją małżonkę samą, wyjeżdżając na uczty do przyjaciół. 
  Młoda mężatka była coraz bardziej zniechęcona i znudzona. Dla urozmaicenia melancholii codziennego życia zaczęła prowadzić ożywioną korespondencję ze swym sąsiadem, jakim był właśnie Sobieski. Zamieszkiwał on w oddalonych od Zamościa o kilka zaledwie mil Pielaskowicach. Przebywając często na królewskim dworze miał dostarczać osamotnionej pani Zamoyskiej światowych nowin. Ale przyszły autor wspaniałych listów nie wywiązywał się zrazu należycie ze swego zadania. Nie odpisywał regularnie na otrzymywane listy. Aż rozgniewana tym ordynatowa chciała nawet, wiosną 1660 roku, zerwać tę korespondencję. „Uważam, że Wć jesteś doprawdy śmieszny jeżeli Wć myślisz, że powinno się do Wci pisywać, podczas gdy Wć oddajesz się rozrywkom. Mylisz się Wć, jeżeli Wć sądzisz. Że ktoś musi być Wci gazetą. Znudziło mnie to i zawiadamiam Wć, że postanowiłam przestać odtąd do Wci pisywać”. Mimo takiej groźby pisała nadal. Odczuwała nieodzowną potrzebę przelewania swych myśli na papier. Pisanie było dla niej rodzajem afirmacji siebie samej. Przeważnie zasiadała do tej korespondencji późnym wieczorem. Przy migotliwym blasku świec pokrywała swoim zamaszystym pismem wiele stron. W tej wymianie listów odgrywała początkowo rolę bardziej czynną. Dla Sobieskiego był to dopiero początek nowicjatu, z którego miał wyjść jako świetny epistolograf. Nie ulega wątpliwości, że jego umiejętność pisania listów musiała ukształtować się w niemałej mierze pod wpływem korespondencji prowadzonej z Marysieńką. Można wręcz twierdzić, że jeśli listy Jana Sobieskiego do ukochanej osiągnęły tak niepospolite walory, to dlatego, że znajdywały u niej właściwe zrozumienie i najpełniejszy oddźwięk. Początkowo listy wędrujące między Zamościem a Pielaskowicami posiadały charakter przyjacielski i były niewinnym flirtem. Miały stanowić dla zaniedbywanej przez męża pani Zamoyskiej „ucieczkę od wiejskich nudów”. Ale uczucie wzajemnej miłości, tłumione zrazu przez Marię Kazimierę, musiało w końcu wybuchnąć silnym płomieniem. Na drodze do szczęścia stał wszakże ordynat. Marysieńka namawiała więc Jachniczka, ażeby wyjechał z nią do Francji. Ale on nie chciał na to przystać. Uważał, że nie może odbierać żony Zamoyskiemu, z którym pozostawał zresztą na przyjaznej stopie. Aż w końcu, po siedmiu latach małżeństwa, nieoczekiwana śmierć w 1665 roku schorowanego ordynata zwróciła Marii Kazimierze wolność. 
 Mogła wreszcie poślubić ukochanego od lat mężczyznę i obdarzyć go najwyższym szczęściem. Echa tych upojeń znajdujemy w bezcennych listach Sobieskiego. Pod wrażeniem owych pieszczot pisał do najdroższej żoneczki: „Tak mi się twoja śliczność, moja złota panno, wbiła w głowę, że zawrzeć oczu całej nie mogłem nocy”. Tęsknił niewymownie za ukochaną, gdyż tocząca się właśnie wojna domowa wyrwała go z ramion Marysieńki, przerywając okrutnie miodowy ich miesiąc. Musiał teraz, aczkolwiek obojętny na rozgrywające się wydarzenia, uganiać się za nieprzyjacielem, kiedy marzyły mu się śliczności najwdzięczniejszego na świecie ciasteczka. Aż wreszcie Maria Kazimiera wyjednała mu na dworze urlop. Przyśpieszyła też spotkanie wyjeżdżając Jachniczkowi naprzeciw. Był koniec sierpnia. Uszczęśliwieni podążyli prawdopodobnie do Pielaskowic. Spragnieni siebie, znajdowali schronienie dla swej miłości w stodołach pełnych pachnącego zboża. Astrea okazała Celadonowi tyle dobroci i tkliwości, że po roku będzie wspominał ze wzruszeniem te najcudniejsze uniesienia. „Pierwsza owa szczęśliwa pod Czerskiem stodoła, gdzie ledwo nie konano, na dni klika rozjeżdżając się z swoim Sylwandrem; nuż żółkiewska stodoła; nuż owa w Chmielu, w której jakie zapewnienia, jakie lamenty, że i dnia wytrwać nie możono, gdzie momenty zdały się wiekami, gdzie się napatrzeć, gdzie się nagadać nie możono, gdzie w drzewie jednym daleko od wszystkich ludzi zamknąć się życzono”. 
  Pisząc te słowa proste, a zarazem głębokie, wystawiał Sobieski najwspanialszy pomnik ich miłości. Listy jego posiadają wartość klasycznego dzieła, gdyż wzbudzają do dziś najwyższe doznania estetyczne. Żeleński (Boy) wydobywał z tej korespondencji ze szczególnym upodobaniem „sprośne wyjątki” i raczył nimi obficie zaszokowanego czytelnika. Oznaczało to jednostronne tylko ukazywanie uczuć naszych bohaterów. Należy bowiem powiedzieć, że było to miłowanie nie tylko zmysłowe, ale też wielce uduchowione. W przeciwnym wypadku nie osiągnęłoby takich wyżyn, nie stałoby się źródłem tak ogromnej radości kochania. Znamienne było życzenie Marysieńki zamknięcia się z Jachniczkiem w jednym drzewie „daleko od wszystkich ludzi”. Oznaczało ono odwieczne pragnienie zakochanych: uratować siebie i swoje uczucie przed niszczącym działaniem czasu. 
  Dziejowa rola „złotej panny” u boku bohatera tureckich wojen okazała się niezmiernie doniosła: tak dla niego, jak i dla całej Rzeczypospolitej. Upraszczając nieco zagadnienie wypada podkreślić, że to jej drobna dłoń wcisnęła, dosłownie wcisnęła, w wahającą się rękę Sobieskiego najprzód laskę marszałkowską oraz buławę hetmana, a w 1674 roku nałożyła na jego skronie królewską koronę. Przyznają to nawet historycy niezbyt Marii Kazimierze życzliwi, chociaż z drugiej strony nie można pomijać całkowicie ambicji ożywiających samego zwycięzcę spod Chocimia. Zostawszy monarchą potrafił on uporać się z opozycją, która nie chciała dopuścić do wyniesienia na tron jego ukochanej Marysieńki. Opromienił ją blask korony, co nawet się nie śniło jej rodzicom, kiedy godzili się na wyjazd kilkuletniego dziewczątka do odległej Polski. Wszak należeli we Francji do zubożałej już szlachty. 
  Odpowiednie przygotowanie do tej najwyższej rangi zdobyła Maria Kazimiera na dworze Ludwiki Marii – żony dwóch Wazów. Pobyt na tym dworze stał się dla niej prawdziwą „szkołą królowej”. Nawet niechętny dla naszej bohaterki historyk Konopczyński napisał: „Jednak osobliwego sprytu jej nie brakowało; miała go owszem w sam raz tyle, żeby nauczyć się od męża „królewskiego rzemiosła” i zarazem naśladować nieźle Ludwikę Marię”. Przebywając od dziecka nad Wisłą nauczyła się ponadto języka polskiego z wszystkimi jego subtelnościami. Żadna cudzoziemka na tronie Polski nie władała tak dobrze językiem swoich poddanych. Nie znała natomiast Marysieńka łaciny. Dlatego Sobieski pisząc do ukochanej swe sążniste epistoły nie zamieszczał w nich żadnych zwrotów w języku Cicerona, co czynili tak chętnie Sarmaci XVII wieku. Ale wplatał w tekst polski słowa lub całe zdania francuskie. Ona zaś pisywała do męża po francuski, sięgając po słowa lub zwroty polskie, jeśli uznała, że są bardziej dosadne od rodzimych. W każdym razie rozumieli się doskonale. 
  Nie ulega wątpliwości, że stanowili jedną z najbardziej dobranych par, jakie zasiadały na tronie Polski. Marysieńka nie była bierną towarzyszką życia swego Jachniczka, ale wywierała niemały wpływ na jego poczynania. Można powiedzieć innymi słowy, że Sobieski dzielił władzę ze swą małżonką. Nie jest wszelako rzeczą łatwą określić bliżej, jak daleko sięgały wpływy pięknej Francuzki. Zdaje się, że były one znaczne w czasach przedkrólewskich. Potem, jakby uległy pewnemu zmniejszeniu, ażeby wzrosnąć poważnie w ostatnich latach królowania pogromcy Turków. w owym czasie stała się Maria Kazimiera niejako „regentką” Rzeczypospolitej. Jej schorowany już małżonek – zgorzkniały po doznanych niepowodzeniach i zniechęcony do szlacheckiego narodu – przedkładał kojącą ciszę swoich ulubionych ogrodów nad burzliwe debaty sejmowe. 
  Nie oznacza to, że zawsze ulegał swej „Jutrzence”, jak pięknie nazywał ukochaną. Potrafił przeciwstawić się jej w sprawach małych i wielkich, jeśli był odmiennego zdania. Kiedy chciała nadać ich pierworodnemu, w Paryżu urodzonemu, synowi imię Ludwik na cześć króla Francji, który trzymał go do chrztu, nie zgodził się na to. Postanowił, że syn ich będzie nosił po dziadku imię Jakub. Nie usłuchał także Marysieńki, gdy po zwycięskiej bitwie pod Wiedniem błagała go o powrót do Polski. Uważał, że wroga należy ścigać aż do całkowitego zniszczenia jego sił. Ruszył więc spod wyzwolonej stolicy habsburskiej na Węgry. Ta jesienna kampania polskiego wojska przyniosła dalsze zwycięstwa, ale w ostatecznym rachunku okazała się bardziej korzystna dla Austrii, aniżeli dla Rzeczypospolitej. 
  Zbliżał się kres panowania Jana III i Marii Kazimiery. Wedle Żeleńskiego był to już zmierzch i wspaniałej niegdyś miłości. „Piekielna baba – oto, co zostało z dawnej Astrei. A z Celadona? Zdaje się też niewiele”. Lektura pamiętników Sarneckiego, który przebywał na polskim dworze w tych latach, ukazuje królową jako czułą opiekunkę cierpiącego coraz bardziej małżonka. Wprawdzie niekiedy musiała się z nim spierać, lecz jednak nie przestała go kochać. Gdy zgasł w czerwcu 1696 roku napisała do przyjaznego referendarza Szczuki: „Los uczynił mnie nieszczęśliwą zabierając mi go. Nie ma już bez niego żadnej dla mnie radości w życiu. Wszak szczęście moje polegało bardziej na radowaniu się jego osobą, aniżeli jego koroną”. Bezkrólewie po zgonie bohatera spod Wiednia było najcięższym okresem w życiu Marii Kazimiery. Odstąpiło ją wielu niedawnych zwolenników dworu. Zwracając się o pomoc do prymasa Radziejowskiego, który sprawował teraz w osieroconej Polsce najwyższą władzę jako interrex, podpisała się wymownie: „une Reyne abandonée”, to znaczy „opuszczona Królowa”. Wystąpił przeciw niej nawet najstarszy syn Jakub, gdyż chciał zagarnąć wszystkie skarby po Janie III. Myślał, że za pomocą tych pieniędzy zdobędzie ojcowską koronę. W końcu doszło do pogodzenia się między matką i synem. Ale przeciwnicy domu królewskiego wykorzystali to rozdarcie w rodzinie Sobieskich, ażeby oczernić ją w oczach szlachty. Dalszy bieg wydarzeń wskazuje jednak, że nawet bez tych rodzinnych niesnasek nie doszłoby do elekcji Jakuba na króla. Opozycja magnacka była zbyt potężna. Nie chciała żadną miarą dopuścić do dziedziczenia tronu w rodzie Jana III. Upatrywała w tym zagrożenie dla „wolnej elekcji”.   
  Po wyniesieniu na tron Rzeczypospolitej Augusta II Sasa, „opuszczona Królowa” wyjechała do Rzymu. Po długiej podróży z licznym orszakiem dotarła do Wenecji. Jej przejazd przez miasta Italii stał się od samego początku triumfalnym pochodem. Wszędzie przyjmowano Marię Kazimierę jako wdowę po „niezwyciężonym Janie Trzecim”. Z każdego miasta udawano się naprzeciw królowej w strojnych i licznych kawalkadach. Na jej drodze gromadziły się gęste tłumy ludu. Przybywał on z odległych nawet wsi i miasteczek, ażeby ujrzeć na własne oczy wdowę po sławnym pogromcy Turków. Mogła teraz, po straszliwej kotłowaninie bezkrólewia, odpocząć nad Tybrem. W każdą rocznicę bitwy wiedeńskiej urządzała na tarasie swego pałacu uroczystą serenadę, ażeby przypomnieć Rzymianom wiekopomne zwycięstwo Jana III. Zrazu czuła się tu świetnie. Ale „ślicznej pannie” przybywało lat, a niezdrowy klimat Wiecznego Miasta dawał się coraz bardziej we znaki. Była przeświadczona, że powietrze ojczystych stron przywróci jej zdrowie. Po wielu wahaniach, wiosną 1714 roku wyjechała do Francji, gdzie Król-Słońce przeznaczył dla „królowej Polski” dostojny zamek w Blois. 
 Niedługo cieszyła się pięknym widokiem, jaki roztaczał się z okien zamkowych na rozległą dolinę Loary. Zmarła u progu 1716 roku podczas surowej zimy, w której okowach znalazła się cała Europa. W testamencie swym wyraziła nieśmiałe pragnienie, ażeby zwłoki jej spoczęły przy królewskim małżonku. Królewicz Jakub wypełnił wolę matki. Trumna z zabalsamowanym ciałem monarchini odbyła daleką podróż z Francji nad Wisłę. Dotarła do Polski incognito w „małym nakrytym wozie”, jak odkryłem to dopiero w ostatnim czasie. Pewnego marcowego wieczora 1717 roku obudził braciszka drzemiącego u furty kapucynów w Warszawie dzwonek. Gdy otworzył bramę, nie było już nikogo. Ujrzał natomiast podłużną skrzynię na ziemi. Po otwarciu jej okazało się, że zawiera trumnę. Znaleziono w niej zwłoki staruszki z diademem na czole i berłem w dłoni. Medal tkwiący w ustach wyjaśniał, że jest to Maria Kazimiera królowa Polski. Trumnę ustawiono obok znajdującej się w klasztorze od 1697 roku trumny Sobieskiego. Takim sposobem Marysieńka znalazła się u boku swego Jachniczka. W 1733 roku obie trumny przewieziono do Krakowa, gdzie spoczęły ostatecznie na Wawelu. 
   Pochylając czoła przed prochami tej wspaniałej pary królewskiej, wypada powiedzieć na zakończenie, że potomność otoczyła ją szczególną legendą. Do ukształtowania jej przyczyniły się głównie długie lata rozbiorów, kiedy szukano w minionych dziejach świetlanych wydarzeń i bohaterskich czynów. Miały one umacniać świadomość rozdartego narodu, podnosić jego dumę i dodawać wiary w odzyskanie niepodległości. Na zapotrzebowanie to malował genialny Matejko swe ogromne płótna, a Sienkiewicz pisał wielotomową trylogię. Jan III ze swymi wielkimi zwycięstwami – ostatnimi w dziejach szlacheckiej Rzeczypospolitej – nadawał się doskonale do roli bohatera narodowego. Ale nie wszystko za jego panowania było sukcesem. Winą za te niepowodzenia obarczono Marię Kazimierę. Uroczą postać królowej spowiła czarna legenda.     Uważano powszechnie, że ta piękna Francuzka wywarła „najszkodliwszy wpływ na bieg polityki polskiej” za czasów Jana III. Historycy prześcigali się w wynajdywaniu ujemnych cech u jego małżonki.  
Widziano w Sobieskim tragiczną ofiarę ślepej miłości do Marysieńki. Miała ona zresztą niezawodny sposób na swego Jachniczka, każąc mu płacić za każdą pieszczotę „tysiącem dowodów posłuszeństwa”. Obraz bohaterskiego władcy, znajdującego się „pod pantoflem” przebiegłej żony, przedstawiał się wielce sugestywnie i przemawiał niezmiernie do wyobraźni. Musiał budzić współczucie dla „biednego” króla, a powszechną niechęć do „niedobrej” królowej. Bohater „nieustraszony i zawsze pewny siebie na placu boju, był w stosunku do przewrotnej żony potulnym jagnięciem, pozbawiony charakteru i woli. Piękna ręka Marysieńki prowadziła go przez hańbę i błoto, popychała na kręte ścieżki występków, ciskała nim jak bezwładnym przedmiotem. Z uległością niewolnika poddawał się Sobieski tej upokarzającej nad wszelki wyraz tyranii. Wszystkie przykrości znosił z bezprzykładnym mazgajstwem, a sponiewierany przez żonę, jak żak płakał po kątach nad swoją niedolą”, czytamy we wznawianej wielokrotnie – przed ostatnią wojną – popularnej monografii Sobieskiego. Czytając te słowa można podziwiać siłę oddziaływania legendy na historię. W przeciwieństwie do złożonej prawdy, legenda jest jednoznaczna. Na tym właśnie polega jej sugestywność. Negatywne wypowiadanie się o Marysieńce stało się regułą obowiązującą. Rzecz znamienna, że pisano tak bez przeprowadzenia badań źródłowych, opierając się niejako na tradycji. Po wielu latach żmudnych poszukiwań archiwalnych, przedstawiłem nowy życiorys słynnej królowej. Wykazałem w nim, jak dalece rzeczywistość odbiegała od czarnej legendy. Nie jestem wszakże przeświadczony, ażebym rozproszył wszystkie cienie otaczające powabną postać Marii Kazimiery. Albowiem społeczeństwo nie chce zazwyczaj rozstawać się z ulubioną legendą. 

website templates